poniedziałek, 16 listopada 2015

***

*Osiemnaście lat temu*
-Mój Panie! Mój Panie! Zostaliśmy zaatakowani!. Nieprzyjaciel lada chwila wyważy wrota a wtedy nie uda się ocalić zamku!- Rosły rycerz w srebrnej zbroi padł na kolana przed Panem. Był zdenerwowany i przygotowany na najgorsze. Zza wielkich okien dochodziły krzyki i odgłosy walki.
- O mój Boże! Kochanie! Mężu, co my teraz zrobimy? - Księżna załamała ręce. Po chwili wstała ze swego miejsca i podeszła do kołyski, w której spała mała, zdrowa i śliczna dziewczynka- Jak mamy ochronić nasze dzieci? - Była kobietą piękną i mądrą. Zazwyczaj miała jasną i pogodną twarz. Jej uśmiech był uwielbiany przez poddanych. Jednak w tym momencie jej postać zdawała się postarzeć, a wijące się długie gęste włosy straciły swój blask. Księżna Anastazja wzięła dziecko na ręce. Ze smutkiem popatrzyła na swych dwóch starszych synów. Jeden miał trzynaście, a drugi dziesięć lat. Byli to przystojni chłopcy, o ciemnych rozumnych oczach i jasnobrązowych włosach. Obaj mimo swego młodego wieku byli bardzo dzielni i odważni. Wszyscy w wielkiej sali wiedzieli, że sytuacja z każdą chwilą robił się coraz bardziej dramatyczna.
- A więc ten zdrajca chce zakopać swe niecne uczynki i zaszkodzić królowi. Wielki Książę Henryk okazuje się być nikim innym jak pospolitym mordercą. Cóż mam czynić w tej godzinie bestialskiej rzezi moich poddanych? - Książę Witold spojrzał przez okno na walczący tłum. Był on najbliższym doradcą i przyjacielem Króla Ryszarda. Jego szare oczy wypełnione mądrością zdawały się blednąć. Książę Witold był mężczyzną o postawnej budowie. Niektórzy porównywali go do wielkiego rosłego dębu, którym nic nie zachwieje. Jego ciemne włosy oraz broda potęgowały wrażenie dostojności i sprawiedliwości. Dostojny i sprawiedliwy - tak był właśnie określany Książę Witold. Król często korzystał z jego rad. Uchodził on bowiem za człowieka wielce rozumnego i szanowanego. Jednak w obliczu zaistniałej sytuacji zasępił się, a wielka bruzda wstąpiła na gładkie dotąd czoło.
- Wasza książęca mość! Zrobimy wszystko, by ochronić książęcą rodzinę! - Ów dzielny rycerz w średnim wieku wstał i skierował się do wyjścia. Wtem dało się usłyszeć wielki huk i straszne krzyki ludzkie. W tej jednej sekundzie serca wszystkich zgromadzonych na sali, począwszy od służby i piastunek małej księżniczki do rodziny książęcej, zamarły w bezruchu. Stało się. Wróg dostał się do pałacu.
-Ratujcie książęta i księżniczkę! - Krzyknął Witold. Naraz rozpętała się wielka wrzawa. Książęta pomimo, że byli przecież jeszcze dziećmi chwycili za broń. Księżna Anastazja zawinęła dziecko w białą haftowaną chustę i rzekła do jednej z opiekunek księżniczki - Zabierz ją stąd! Uciekajcie jak najprędzej! Niechaj choć jedno z moich drogich dzieci przeżyje!
- Och... Ależ Pani!...
-Szybko! - Drobna kobieta wzięła zawiniątko i zaczęła uciekać tylnym wyjściem. Zdążyła jeszcze tylko usłyszeć potworne krzyki i odgłosy walczących mieczy. Oczy jej zasnuła mgła z łez, jednak nie zatrzymała się ani na chwilę. Wiedziała, że za chwilę najeźdźcy zaczną szukać księżniczki Zofii. Szybko udało się jej opuścić wielką salę, a sekretny korytarz wyprowadził ją na tyły ogrodu. Dawniej był to piękny ogród z dużymi połaciami kwiatów i piękną żywozieloną trawą. Latem mali książęta Jan i Karol spędzali w ogrodzie całe dnie a ich dziecięce głosiki słychać było nawet poza murami pałacu. Teraz jednak było to pobojowisko z wielkimi plamami krwi i leżącymi bezwładnie ciałami ludzkimi. Poczciwa niania biegła z dwuletnią księżniczką ile sił w nogach, jednak szybko zorientowała się, że rycerze nieprzyjaciela szukają dziecka.
- Brakuje księżniczki! - krzyknął jeden.
- A niech to! Pewnie ktoś uciekł z tym bachorem! Musimy ją znaleźć bo inaczej Wielki Książę Henryk nas wszystkich pozabija!
- Och, co począć? - szepnęła dzielna niania. Wtem zza krzaków od strony lasu wyłonił się mężczyzna. Był on dobrze ubrany, przystojny, w średnim wieku. Naraz zatrzymał uciekinierkę.
- Jestem Alfred, lokaj Króla Ryszarda. Co tu się stało?
- Och, niech Niebiosom będą dzięki.- Szepnęła- Wielki Książę Henryk najechał Księcia Witolda. To takie straszne...
- Och! Tam! Tak ktoś jest! - wrzasnął jeden z rycerzy.
- Szybko! Weź księżniczkę i uciekaj! Proszę! Musisz ją ocalić. To ostatnie życzenie Księżnej Anastazji. Błagam! - Niania zapłakała gorzko. Alfred wziął zawiniątko i szybko niepostrzeżenie opuścił zamek Księcia Witolda. Zdawał sobie sprawę z tego, że owa niania już została zabita. Po dwóch godzinach, gdy niebezpieczeństwo minęło przystanął na leśnej polanie i spojrzał na księżniczkę. Było już całkiem ciemno i ciemne chmury zbierające się na niebie zapowiadały ulewny deszcz. Alfred zamyślił się głęboko. Król wysłał go do Księcia, by ten w razie potrzeby służył pomocą książęcej rodzinie. Nikt jednak nie spodziewał się, że sprawy przybiorą dramatyczny obrót.
- Moja droga Księżniczko! Twe życie nie będzie proste i usłane różami. Musisz odrzucić swe pochodzenie, aby przeżyć. W tej chwili nikt nie jest w stanie zmienić tego, co się stało. Zofio. Zapomnij, że jesteś Księżniczką. Zapomnij o swojej rodzinie i pochodzeniu a przeżyjesz. I być może w przyszłości los się odmieni  zaznasz szczęścia. - Lokaj podniósł dziewczynkę i spojrzał w jej duże ciemne oczy, migoczące niczym gwiazdy na niebie. Jej gęste włosy koloru ziemi lśniły, niby obsypane srebrnym pyłem. Niczego nieświadoma Zofia machała rączkami i nóżkami i w pewnym momencie uśmiechnęła się tak serdecznie i niewinnie, że Arnoldowi serce o mało nie pękło z żalu. Musiał jednak podjąć decyzję, co dalej z dzieckiem. Wychodząc z gęstego lasu mieszanego napotkał pewnego wieśniaka udającego się do domu po całym dniu pracy. Znał Arnold bardzo dobrze owego człowieka. Był to Tadeusz Borowski, lojalny poddany, człowiek o szlachetnym sercu. Mimo, że ledwo wiązał koniec z końcem nigdy nie narzekał. Jak na swe chłopskie pochodzenie był bardzo zaradny i mądry. Razem z żoną Jadwigą i dwójką kilkuletnich dzieci mieszkał w niewielkiej chacie na krańcu wioski Jarem.
- Witaj, Tadeuszu.
- A któż to moje imię wypowiada? W czymże mogę usłużyć, Panie? - Rosły, zdrowy i silny mężczyzna z czarnym wąsem skłonił się grzecznie.
- Jestem Arnold, lokaj i doradca Króla Ryszarda. Przyszedłem tu z niebanalnego powodu. Otóż musisz wiedzieć, o miły Tadeuszu, że dziś w nocy Wielki Książę Henryk najechał i zabił całą rodzinę i Księcia Witolda. Jak wiesz, był on cennym doradcą i przyjacielem Jego Królewskiej mości.
- Słyszałem ja we wsi, że jakiś spisek się szykuje. Ludzie dobrze tu znają Wielkiego Księcia. Zdradziecki to człowiek i chciwy. Bardzo smutną wieść mi przynosisz, o Arnoldzie.
- Król nie może przeciwstawić się Wielkiemu Księciu. Jego okrucieństwo zebrało dziś obfite żniwo. Jednak nie wszystko stracone...- Lokaj spojrzał na zawiniątko trzymane pod pachą. - Nie wszyscy z rodziny książęcej zostali uśmierceni. Tylko ta oto mała Księżniczka Zofia przetrwała.
- Nie do wiary. Toż to jest Jej Wysokość Księżniczka? - Tadeusz przetarł oczy ze zdumienia.
- Tak. Ocaliła ją jedna z piastunek, na ostatnią prośbę Księżnej Anastazji. Jednak jest ona teraz w niebezpieczeństwie. I tylko ty możesz ją uratować Tadeuszu.
- Cóż ja mogę, prosty chłop?
- Jesteś mądry i roztropny. Musisz ukryć Księżniczkę. Weź ją zatem i wychowaj. Spraw,by wyrosła na mądrą pannę, która będzie umiała odwrócić swój straszliwy los. Jednak musisz pamiętać, że od tej chwili nie jest już Księżniczką. Nikt nie może dowiedzieć się o jej pochodzeniu i ona sama też nie może się tego nigdy dowiedzieć. Gdy nadejdzie czas, wszystko zostanie ujawnione a wtedy Zofia powróci do miejsca, do którego przynależy
- Jakże ja sobie poradzę? Wszak ja już mam dwójkę dzieci - córkę i syna.
- Mieszkasz przecież na krańcu wsi pod lasem. Rzadko kto odwiedza wasz dom. A jakby kto pytał, mów, że żona twoja po raz trzeci w ciążę zaszła, lecz dziecko słabe i chorowite było, więc nikt go nigdy nie widział. Żonie powiedz, by nie wyprowadzała ludzi z błędu i nie pytała o zbyt wiele. Dzieciom przykaż, że mają dziecko traktować jak siostrę. I nie martw się o nic. Będę ja czuwał z ukrycia nad Księżniczką, a i twoja rodzina zyskana tym niemało. Będziesz mógł posłać swego syna Jakuba na uniwersytet a i żonie i córce będzie się powodzić.
- Niech tak będzie, za radą twoją Arnoldzie. Jeśli mogę w taki sposób pomóc Królowi...
- Na pewno. Król Ryszard już szuka zwolenników, którzy będą mieli siłę, by razem z walczyć z Wielkim Księciem Henrykiem. - Tak oto Tadeusz zabrał ze sobą śpiącą dziewczynkę, nieświadomą zmiany jaka zaszła w jej dwuletnim dotąd życiu. Żona Tadeusza, Jadwiga wielce się dziwiła, jednak była posłuszna mężowi i nie zadawała pytań.
- Ciekawe jak poradzimy sobie w wykarmieniem jeszcze jednej gęby! - Krzyczała rozgniewana kobieta.
- Nie twoja to rzecz martwić się o wykarmienie rodziny. Nie zadawaj pytań i zajmij się małą jak byś sama ją z siebie zrodziła. - Tadeusz zasępił się i udał się na spoczynek. Sakiewkę pieniędzy, którą dostał na odchodnym od lokaja Króla, żonie nie pokazał, tylko schował do wielkiej drewnianej skrzyni stojącej w rogu ciemnego pokoju.
- Arnoldzie, cóż mi opowiadasz! Czy to wszystko prawda?- Wysoki, przystojny mężczyzna pełen majestatu zsiadł z tronu i podszedł do klęczącego sługi.
- To prawda, wszystko prawda mój Panie! Rodzina Księcia Witolda została zamordowana. Nikt nie ocalał.
- To straszne! - Królowa o niebieskich oczach i ciemnych blond włosach ukryła twarz rękami. Po policzku spływały jej łzy. W tym momencie myślami była przy swoim ukochanym trzyletnim synu, którego było jej bardzo trudno urodzić, gdyż była słabego zdrowia, a który teraz spał słodko w swojej sypialni, otoczony miłością i uwagą opiekunek.
- Tylko Bóg wie, jak dalej potoczą się nasze losy.- Szepnął Król w zadumie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz