- Wreszcie jesteś! Dlaczego wracasz dopiero teraz? - Lenę z wyrzutem powitała Anna. - Matka bardzo się niepokoiła. Już miałam iść cię szukać. Cóż to za figle tym razem wyczyniasz?
- Przepraszam siostro, nie wiedziałam, że jest już pora późna. Razem z Tomaszem nawiedziliśmy groby ojca i Kuby i straciliśmy poczucie czasu.- Anna spojrzała bacznie na Lenę i Tomasza. Była najstarszym dzieckiem państwa Borowskich, więc często lubiła dokazywać rodzeństwu, lecz w gruncie rzeczy była osobą o dobrym sercu. Była uważana za jedną z najładniejszych panien w okolicy i miała wielu zalotników. Była o cztery lata starsza od Leny, lecz nie była jeszcze zamężna. Lubiła się stroić. Mieszkańcy Jarem plotkowali nieraz o tym, że panna Anna Borowska ma znakomite poczucie mody. Matka od najmłodszych lat sprawiała jej urocze i modne ubrania i dodatki. Trzeba było przyznać, że mimo iż była pulchna, o wydatnych i krągłych policzkach, poruszała się z niezwykłą gracją i lekkością, a jasne włosy i szare oczy idealnie komponowały się do różowych sukienek, które często nosiła, gdy nie była zajęta pracą lub szła poflirtować z chłopcami z wioski.
- Dziękuję za przyprowadzenie tej nieznośnej dziewuchy do domu. - Anna uśmiechnęła się słodko do Tomasza.- Możesz już wracać.
- Do zobaczenia.- Wycedził od niechcenia i ruszył przed siebie w stronę domu. Anna od razu skierowała kroki do pokoju, natomiast na Lenę w kuchennej izbie czekała matka.
- Doprawdy! Gdzie się podziewałaś?
- Przepraszam mamo, nie wiedziałam, że już późno. - Lena dostrzegła w oczach matki cień złości. Usta miała ułożone w dziwny grymas a czoło poorane bruzdami. W świetle świecy dało się dostrzec kurze łapki wokół szarych oczu. Lena zdawała sobie sprawę, że Anna ma oczy podobne do matki, również Kuba takie miał. - Razem z Tomaszem byłam na cmentarzu.
- Nie chcę nawet słyszeć o tobie żadnych plotek, o tym, że późno do domu wracasz. Ojciec nie zniósł by obelg, jakoby jego córka źle się prowadza. Weź to na drugi raz pod uwagę. Nie po to wychowywałam cię od małego, byś wstyd mi przynosiła.
- Przepraszam. Więcej tego nie zrobię. - Dziewczyna spuściła wzrok.
- A cóż mi po twoich próżnych zapewnieniach? Teraz same musimy się o siebie troszczyć, odkąd Jakub i wasz ojciec odeszli. Nie zamierzam tolerować nieposłuszeństwa i lenistwa, zrozumiano moja panno? Jutro z samego rana weźmiesz konia i udasz się po sprawunki do miasta.
- Do miasta?- Lena z niedowierzaniem spojrzała na swoją przyszywaną matkę.- Ojciec nigdy nie pozwalał mi opuszczać wsi ani zapędzać się za las. Jakże więc...
- A któż inny ma to zrobić?- Przerwała jej Jadwiga.- Potrzebujemy przecież narzędzi i nawozów. Jak mamy żyć nie odwiedzając miasta? Teraz ojca nie ma, więc mnie masz być posłuszna i nie dyskutować. - Lena westchnęła i udała się do pokoju.
- Leno, nie śpisz? - Po chwili Ania wślizgnęła się do małej lecz przytulnej izdebki. Była już w nocnej koszuli.
- Wejdź siostro.
- Matka bardzo cię skrzyczała?
- Trochę. Nie ma o czym mówić. Bądź co bądź ma rację.
- Oczywiście, że ma! - żachnęła się Ania.- Panna nie może cały dzień się włóczyć.
- Tak, to prawda.
- I do tego twoje zachowanie nie jest godne młodej damy, moja droga. Bo która młoda dziewczyna lubi zakładać męskie stroje, jeździ konno, łowi ryby, ma siniaki i zadrapania na całym ciele? - Ania spojrzała na skaleczenia młodszej siostry. Nawet ta niebieska sukienka jest podziurawiona przez twoje całodniowe eskapady.
- Nie dbam o to Aniu. - Zaśmiała się Lena.- O wiele bardziej lubię czytać książki, jeździć konno, uczyć się fechtunku i rąbać drewno niż siedzieć i haftować czy ubierać przeróżne kreacje.
- Otóż to. Jesteś niby istny chłopak. To dlatego Kuba tak bardzo cię kochał i poświęcał tobie wiele uwagi. Czyż to nie on uczył cię tego wszystkiego co tak uwielbiasz robić?
- No tak...
- Nie rozumiem, jak kobieta może chcieć uczyć się pisać i czytać. Od tego przecież nie przybędzie ci zalotników. Jeśli dalej będziesz tak postępować, to nigdy nie wyjdziesz za mąż.
- Ty przecież też nie jesteś jeszcze mężatką - Wtrąciła Lena.
- Ale jestem ładna, mam śliczne sukienki i mam wielu zalotników. - Z kwaśną miną skwitowała Anna- Och, jak już o tym mówimy, to jak będziesz jutro w mieście to wejdź proszę do krawca i odbierz spódnicę, którą u niego zamówiłam.
- Znów zamówiłaś coś u krawca? Przecież miesiąc temu, tuż przed pogrzebem ojca kupiłaś sobie nową sukienkę.
- Taka chłopczyca jak ty nie zrozumie, co znaczy dbać o swój wygląd. Może tobie wystarcza jedna sukienka na pół roku czy nawet na rok, ale nie mi. Zrób to, o co poprosiłam i nie wymądrzaj się już. - Anna Borowska wstała z posłania Leny i poszła do siebie. Lena tej nocy długo nie mogła zasnąć. Cały czas jej myśli zajmował tajemniczy Arnold, który z pewnością był zamieszany w śmierć Kuby. Lena kochała wpatrywać się godzinami w księżyc. Tak też uczyniła i tym razem.
Zerwała się na równe nogi wcześnie rano, bo do Krakowa, stolicy kraju było daleko. Podróż w jedną stronę zajmowała aż pięć godzin, toteż nie często mieszkańcy wioski Jarem wybierali się do tego miasta. Kraków był dużym i potężnym grodem, otoczonym solidnymi murami obronnymi. Miasto było gwarne i kolorowe. Wszędzie można było dostrzec stragany i sklepy oraz pracownie rzemieślnicze. Lena ze zdumieniem, jadąc konno brukowanymi uliczkami, przyglądała się majestatycznym kamienicom. Obserwowała kłębiący się zewsząd tłum ludzi i z rozkoszą chłonęła miejskie powietrze, nawet jeśli nie było ono tak czyste i rześkie jak na wsi. Tego dnia panna Borowska ubrana była niczym młody chłopak. Miała na sobie ciemne spodnie, białą koszulę i czarny sweter, a włosy ukryła pod męskim kapelusikiem o barwie granatowej. Co prawda matka i siostra kazały jej założyć brązową sukienkę i słomiany kapelusz z czerwoną wstążką, jednak gdy tylko po drodze dziewczyna znalazła gąszcz krzaków od razu się przebrała.
- "Przecież męskie ciuchy są bardziej wygodne od głupich sukienek." - pomyślała ukrywając w krzakach sukienkę. Miała po nią wrócić w drodze powrotnej. Pogoda była bardzo przyjemna. Słońce delikatnie ogrzewało ziemię a chmury leniwie sunęły po niebie.
Trochę czasu zajęło Lenie znalezienie kowala, który od wielu lat sprzedawał jej rodzinie potrzebne narzędzia. Gdy załatwiała u niego sprawunki posłyszała, jak kilka mieszczanek plotkowały między sobą, że jakoby następca tronu gdzieś tu między mieszczanami jest.
- To szczera prawda! - Trajkotała jedna.
- Ja też o tym słyszałam. Podobno książę wymyka się z pałacu i w ukryciu obserwuje poddanych. - Zawtórowała jej druga
- Ciekawe co na to Król Ryszard i Królowa Magdalena...- Zamyśliła się trzecia mieszczanka. Lena pobłażliwie uśmiechnęła się pod nosem, wzruszyła ramionami i ruszyła po dalsze sprawunki. Była u kowala i szewca, kupiła medykamenty oraz różne nasiona i następnie chciała znaleźć krawca, o którym poprzedniego wieczoru wspomniała Anna. Z rozkoszą przyglądała się występom ulicznych cyrkowców oraz ulicznym straganom. Szła prowadząc konia i błądząc daleko myślami. Naraz skręcając w boczną, trochę zaciemnioną uliczkę spostrzegła, że grupa rosłych opryszków otoczyła jakiegoś chłopaka. Wyglądało to tak, jakby chcieli go pobić, a może i nawet zrobić coś gorszego. Nie namyślając się długo chwyciła swój miecz, który w sekrecie przed matką zabrała ze sobą i ruszyła na pomoc osaczonemu chłopakowi. Lenie udało się przedrzeć do niego. W pewnym momencie zobaczyła, że jest ranny. Dłuższa walka mogłaby skończyć się dla niej nie najlepiej, więc gdy tylko nadarzyła się okazja uciekła razem z poszkodowanym.
- Szybko wsiadaj na konia! - Krzyknęła do nieznajomego, a on trochę oszołomiony dostosował się do jej polecenia. - Wio!
- Kim jesteś? - Spytał chłopak, po upewnieniu się, że nie są śledzeni przez tamtych zbirów.
- Czy to ważne? Ważne, że jesteś ranny i potrzebujesz pomocy.- Lena chciała opatrzyć rany nieznajomemu, lecz on obruszył się i uderzył ją w rękę, w której trzymała materiał do przemycia ran.
- Nikt nie kazał się tobie wtrącać. Sam bym sobie z tymi rabusiami poradził. To dla mnie zniewaga, by taki chuderlawy i marny chłopaczek wyciągał mnie z kłopotów.
- Toż doprawdy, twoje słowa potrafią zranić serce człowieka, o panie. - Panna Borowska zorientowała się, że przez swój ubiór jest brana przez nieznajomego za mężczyznę.- Oczywiście rozumiem i dam wiarę, że jesteś najlepszym szermierzem w kraju, lepszym nawet od Króla czy Księcia, ale teraz racz wybaczyć mą zuchwałość lecz muszę opatrzyć pańskie rany. -Dziewczyna wstała, siłą unieruchomiła rannego i opatrzyła go. Podczas tych czynności nieznajomy krzyczał i wił się strasznie.
- Toż to nie do uwierzenia! Jak śmiesz!
- Mości paniczu błagam o wyrozumiałość. Rany twoje zostały już opatrzone, więc pozwól, że sługa twój odejdzie. - Lena wstała i chciała odejść jednak nieznajomy złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Dopiero teraz mogła mu się przyjrzeć z bliska. Cerę miał gładką i zdrową, spojrzenie poważne i śmiałe, nos zgrabny, usta bladoróżowe. Bujna czupryna w kolorze ciemnego blondu dodawała mu uroku.
- Czy stało się coś, paniczu? - Dziewczyna zaczerwieniła się i wyrwała z objęć chłopaka.
- Ekhm, ekhm. - Chrząknął.- Jak się zwiesz?
- Jestem... jestem... Antek. Znaczy się... Antoni... - Lena zaczęła się jąkać, jednak nie chciała zdradzać nieznajomemu swego prawdziwego imienia. Ojciec i Kuba zawsze mówili jej, by nigdy nikomu nie mówiła kim jest. - "To przecież może być niebezpieczne." - Pomyślała szybko.
- Jam jest Filip. Jestem wdzięczny za pomoc.
- Kim byli ci ludzie?
- Nie powinieneś być wścibski. To domena kobiet. Nieprawdaż? - Lenę oblały zimne poty. - Jednakże widzę ciebie w stolicy po raz pierwszy.
- Nie pochodzę stąd.- Wymamrotała cicho.- Przybyłem po sprawunki dla matki.
- Widzę, że prawdę powiadasz. - Filip wstał i podszedł do konia na którym ulokowane były niedawno zakupione przez pannę Borowską rzeczy. - A cóż to jest?
- To spódnica dla mojej siostry, o panie.
- Jako, że uratowałeś mnie to powiem tobie, że uczyniłeś dziś zbawienną rzecz dla kraju. Ci, którzy mnie zaatakowali byli prawdopodobnie wysłannikami Wielkiego Księcia Henryka.
- Och, czyż słowa twe, o panie są prawdziwe?
- Tak. Wielki Książę ma chęć mnie kontrolować, lecz napotkał godnego przeciwnika... - Filip uśmiechną się zawadiacko.- A ty Antku zostaniesz sowicie nagrodzony. Pójdź teraz ze mną do...
- Ja bardzo przepraszam, że przerywam paniczu, jednak nie potrzebuję żadnej nagrody.
- Cóżeś powiedział?
- Jestem tylko skromnym wieśniakiem. U nas to normalne pomagać, gdy ktoś w biedzie się znajdzie. Pomogłem, bo tak mnie wychowano, to zgodne z naukami Kościoła i w zamian nic nie chcę.- Lena sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła zawinięte kromki chleba. - Pewnie z sił opadłeś. Posil się proszę tym chlebem i życzę abyś szybko do zdrowia powrócił. - Panna szybko wspięła się na konia i odjechała w pośpiechu zostawiając oszołomionego Filipa. Przez myśl by jej nie przeszło, że spotkała samego następcę tronu, który wymknął się do miasta.
- Cóż za dziwna osoba. Jeszcze nigdy nikogo takiego nie spotkałem. - Mruknął do siebie Książę. Nagle coś błysnęło i jego oczom ukazał się naszyjnik. Był ręcznie robiony i przedstawiał róży kwiat. Domyślił się, że Antek go zgubił.
- Czy sądzisz Adamie, że ten naszyjnik może należeć do chłopca? - Książę pytająco spojrzał na swego ochroniarza i przyjaciela, gdy powrócił do zamku.
- Nie sądzę. - Adam był chudy, wysoki i wysportowany. Miał ciemne, tajemnicze oczy i brązowe włosy. Był bardzo urodziwy. Jego wielką pasją była szermierka i jazda konna. Wśród ludzi chodził za małomównego i nieprzystępnego. Towarzyszył Księciu od dziesięciu lat. Filip cenił go bardzo za dyskrecję i oddanie. Nigdy się na nim nie zawiódł, bo wszystkie obowiązki spełniał Adam bez zarzutów.
- Otóż to! - Książę poruszył się nerwowo.- I wygląd też miał kobiecy. I do tego ten głos, te usta i te wielkie czarne oczy...
- Cii. Mości Książę. Będzie źle jeżeli Król dowie się o pańskich wyprawach bez ochrony do miasta, a i pamiętać należy, że Wielki Książę ma w zamku swoich ludzi...
- Masz rację. Bardzo złoszczę się na poddanych, którzy mnie podsłuchują! - Filip krzyknął, gdyż zorientował się, że jedna z pokojówek stoi pod drzwiami komnaty i stara się usłyszeć o czym rozmawia z Adamem. Pokojówka zlękła się bardzo i czym prędzej odeszła do swoich obowiązków. - Wielki Książę nigdy się nie podda. - odparł Adam.
- Dlatego zamierzam dalej pobierać nauki na Uniwersytecie. Jutro z rana porozmawiam o tym z ojcem. - Filip podszedł do okna i zamyślił się głęboko.
Uczennica
Dawna Polska.Tajemnicza śmierć brata. Miłość do nauki. Ciekawość świata. Ucieczka. Miłość. A także grzechy przeszłości... Jak Zofia sobie z tym poradzi?
niedziela, 6 marca 2016
wtorek, 8 grudnia 2015
***
Nad wioską Jarem Słońce chyliło się ku zachodowi. Pogoda była przednia- wiał lekki, przyjemny i ciepły wiaterek, wysoko na niebie płynęły leniwie chmury, które z każdą chwilą stawały się coraz bardziej pomarańczowe. Las szemrał spokojną tajemniczą melodię, a ptaki świergotały radośnie. Cały świat zdawał się być obsypany złotem i czerwienią. Mieszkańcy kończyli powoli swoje obowiązki na polu i w zagrodach. Było piękne sierpniowe popołudnie, lecz mieszkańcy już szykowali się na nadejście zimy.
Wioska Jarem nie była dużą miejscowością, mieszkało w niej pięćdziesiąt rodzin. Zamieszkiwały one w solidnych drewnianych chatach. Każda rodzina miała również pole, na którym co roku rosły dorodne zboża czy ziemniaki, chlewy, kurniki, obory, stodoły. Można było odnieść wrażenie, że wioska jest samowystarczalna. Jednak co jakiś czas mieszkańcy jechali do pobliskiego miasteczka i sprzedawali swoje warzywa i owoce a kupowali narzędzia, ubrania i inne potrzebne artykuły. Wszyscy mieszkańcy Jarem żyli spokojnie i pracowicie. Wszyscy byli jedną wielką rodziną.
- Leno! Leno! Poczekaj. Dlaczego mnie tu zaciągnęłaś? Dlaczego tak biegniesz?
- Strasznie się guzdrasz, drogi Tomaszu. Pośpiesz się, proszę! Muszę z tobą pomówić o czymś bardzo ważnym. - Melodyjny głos Leny rozbrzmiał słodko w uszach Tomasza. Była ona dwudziestoletnią panną o okrągłej jak księżyc w pełni twarzy, szczerym i pięknym uśmiechu, małym zadartym noskiem i dużych czarnych niczym węgiel oczach. Czasem, gdy Lena była czymś zaabsorbowana można było dostrzec w nich iskrzące promienie. Tomasz od dziecka uważał, że Lena ma najbardziej przenikliwe spojrzenie ze wszystkich osób na świecie. Teraz biegnąc polną drogą w stronę lasu była niczym wróżka spełniająca życzenia. Włosy uczesane w dwa długie i grube warkocze lśniły w słońcu a niebieska sukienka dodawała jej tylko niepowtarzalnego uroku.
- Leno! Panno Borowska! - Tomasz przystanął łapiąc oddech.
- Och, dobrze. Pomówmy tutaj. - Panna z zawadiacką miną usiadła na wielkim kamieniu.
- O czym chciałaś pomówić, o Leno, wróżko moja?
- Gdyby to usłyszał ksiądz pleban dostałbyś burę - dziewczyna zaśmiała się serdecznie. - Jednak nie pora na figle. Tomaszu, jesteś dla mnie niczym brat i tylko tobie mogę powiedzieć, o tym, co serce moje niepokoi.
- Mówże.
- Wiesz dobrze, że mój ukochany brat Jakub umarł. Było to zaledwie rok temu. Jednak nikt nie umie znaleźć przyczyny jego przedwczesnego zgonu. Umarł w Krakowie, gdy na nauki pojechał. Wszyscy we wsi twierdzą, że sam odebrał sobie życie. Ojciec i matka długo nie mogli się ludziom na oczy pokazać. Wszyscy uważali, że Bóg opuścił rodzinę Borowskich. Ja jednak myślę, że inna była przyczyna śmierci Jakuba.
- Jaka? Morderstwo?- Tomasz jakby czytał w myślach swojej przyjaciółki. Bo ta pokiwała potakująco głową.
- Krótko po pogrzebie brata odwiedził nas jakiś jegomość. Nie rozmawiał z nikim innym, tylko z ojcem. Posłyszałam, że brat należał do jakiejś grupy, która była przeciwko tyranii jakiegoś Wielkiego Księcia. Niestety nie dowiedziałam się niczego więcej z tej rozmowy, bo ojciec mnie dostrzegł i wpadłam w kłopoty.
- Może twój ojciec miał ważny powód, by cię ukarać. Myślę, że nie powinnaś o tym rozpamiętywać.
- Tomasz zasępił się i spojrzał w dal. Jego zielone oczy stały się bledsze.
- Tomaszu, ty coś wiesz. - Po chwili milczenia Lena przysunęła się do przyjaciela i spojrzała mu prosto w twarz. Chłopak starał się odwrócić wzrok, jednak nie udało mu się. Wiedział, że przegrał. Lena była bardzo spostrzegawcza i zawsze wiedziała, gdy kłamał lub coś ukrywał. Nigdy się nie myliła. Jej wzrok mógł przejrzeć duszę i serce człowieka na wylot. Tak było i tym razem.
- Leno...ja...- Lecz dziewczyna nie pytała o nic więcej.
- Nie potępiam twego milczenia. Mam nadzieję, że opowiesz mi o wszystkim kiedy będziesz gotowy. - przyjaciele skierowali się w stronę cmentarza, by nawiedzić groby Jakuba i Tadeusza Borowskich.
- Tomaszu, wiesz... Bardzo tęsknię za ojcem. On bardzo o mnie dbał. Bardzo go kochałam i zawsze mogłam na niego liczyć. Matka odkąd pamiętam była wobec mnie surowa i wymagająca. Lecz nie ważne jak było mi ciężko i smutno, zawsze mogłam wypłakać się w ramionach ojca. Po śmierci Kuby bardzo zmizerniał. Zgryzota zatruła mu serce aż w końcu, miesiąc temu umarł. Umarł w polu na moich oczach. A ja nie mogłam nic zrobić. - Po policzku Leny spłynęła gorąca łza. Tomasz bardzo się strapił. W końcu dotarli na miejsce wiecznego spoczynku mieszkańców wioski Jarem. W pewnym momencie Lena dostrzegła postać. Postać, którą dobrze pamiętała od pogrzebu brata. Nie namyślając się długo dogoniła jegomościa, który ewidentnie próbował odejść niezauważony.
- Chwileczkę! Proszę poczekać. Stać! - Zdenerwowana dziewczyna stanęła przed nieznajomym. Przyjrzała mu się. Był to człowiek sędziwy, lecz nie niedołężny. Był dystyngowany i sprawiał wrażenie bardzo mądrego. Jego srebrne włosy i siwa broda dodawały mu powagi. Ubrany był skromnie, lecz z dobrych jakościowo tkanin. - Kim jesteś, waszmość?
- Zofia...- szepnął i uśmiechnął się.
- Co tu robisz, waść? I nie jestem Zofia, tylko Lena. Lena Borowska.
- Przepraszam panienko, że niepokoję. Chciałem tylko nawiedzić grób ojca twego, którego znałem i który był mi jak brat. Straszne to nieszczęście twoją rodziną targa...
- Jak ci na imię, waść?
-Jestem Arnold.- Mężczyzna ukłonił się grzecznie. Tomasz zbliżył się do Leny i chciał jej coś szepnąć na ucho. Nagle zza drzewa wyłonił się jastrząb. Ptak wystraszył przyjaciół i gdy się spostrzegli, pan Arnold oddalił się szybko.
- To wszystko jest bardzo tajemnicze... - szepnęła Lena, gdy oboje z Tomaszem wracali do domów. -Ojciec gdy umierał też nazwał mnie Zofią. Nie rozumiem dlaczego.
-Leno... ja... ja...- Tomasz Starski przystanął i spoglądał na wieczorne niebo. Jego dorodna postać odznaczała się na tle krajobrazu. Raz po raz wzdychał ciężko. Można było przypuszczać, że stacza w tej chwili ze sobą wewnętrzną walkę. W pewnym momencie zebrał się na odwagę i spojrzał towarzyszce prosto w oczy. Sam przybrał poważną minę.
-Tomaszu... przerażasz mnie. Co się stało? - Dziewczyna podeszła z złapała go za ręce. Ścisnęła jego dłonie w swoich.
-Ja go znam. Znam tego Arnolda...- Lena zbliżyła twarz do twarzy Tomasza. Ten jakby wiedział, że musi powiedzieć więcej. - To było dawno temu. Ja i Kuba byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Pewnego dnia, gdy ty leżałaś z gorączką i prawie umarłaś, podsłuchaliśmy rozmowę twojego ojca i tego Arnolda. - Lena powróciła pamięcią do tamtych dni. Miała pięć lat i zachorowała Miała wysoką gorączkę i trudność w oddychaniu. Cała rodzina myślała, że umrze. A to wszystko przez to, że bawiąc się z innymi dziećmi nagle wpadła do zimnej rzeki. Zimnej, bo zdarzenie miało miejsce w listopadzie. Rodziców nie było stać, by wezwać lekarza z miasta, więc poprosili wioskowego znachora. Lecz nic to nie pomagało. Nie pomagały napary, zioła, maści. Jednak pewnego wieczora ojciec przyniósł cały worek leków i różnych medykamentów. Nie wiedziała skąd one są, lecz po ich zażyciu z każdym dniem czuła się lepiej i odzyskiwała siły. Po miesiącu leżenia w łóżku w końcu wyzdrowiała.
-Moje leki były od niego?
-Tak. Sam widziałem wraz z Kubą jak dawał je twojemu ojcu. Obaj byli dziwnie tajemniczy i opowiadali o Wielkim Księciu Henryku i ...
-O czym jeszcze? Tomaszu powiedz mi! - Przyjaciel westchnął ciężko.
-Nie pamiętam dokładnie. I nie zrozumiałem tego o czym mówili. W końcu miałem tylko sześć lat. Jednak twój brat powiedział mi kiedyś,jak już byliśmy starsi, że dowiedział się, że nie jesteś jego prawdziwą siostrą...
- Co takiego?! - Wykrzyknęła niemal ze złością Lena.- Mówże, o co w tym wszystkim chodzi.
-Arnold przychodził do waszego domu regularnie. Kuba opowiadał, że dawał waszemu ojcu pieniądze i o Wielkim Księciu rozprawiali. Gdy tak rozmawiali to Kuba podsłuchał, jak Arnold opowiadał, że sam ciebie do rodziny Borowskich przyprowadził, jako dwuletniego niemowlęcia. Kuba kiedyś zapytał oto ojca, lecz ten odpowiedział tylko, że życie za ciebie musi być gotów oddać. Gdy dwa lata temu Kuba na nauki miał jechać to opowiedział mi o tym wszystkim. I kazał przysiąc na swe życie i na Boga, że gdyby żywy z Krakowa nie powrócił, to mam strzec ciebie jak oka w głowie, bo nawet włos z głowy spaść tobie nie może. To wszystko, co wiem.- Tomasz umilkł i spojrzał swymi zielonymi oczami na Lenę. A ona stała osłupiała, ze wzrokiem utkwionym w ziemię. Po dłuższej chwili wyszeptała cicho
- Kim na Boga Świętego jest ten Arnold?
- Kuba mówił, że uczył go w Krakowie. Jest mędrcem i nauczycielem wielu młodych żaków. - Odparł, zamiast samego Boga, Tomasz.
- Więc musi on wiedzieć, co stało się z Jakubem! Jestem pewna, że on wie, dlaczego umarł!
- Ale... Leno...Zofio...
- Trudno mi się pogodzić z tym, że nie jestem prawdziwą córką swoich rodziców. Jednak cóż ja mogę zrobić? Nie mam innej rodziny a skoro Arnold mnie do rodziny Borowskich przyniósł, to znaczyć może tylko tyle, że albo moja rodzina umarła, albo mnie nie chciała. Nie chcę rozmyślać o tym. Chcę tylko się dowiedzieć kto zabił Kubę, mojego ukochanego brata. Niczego innego nie pragnę. I nie nazywaj mnie Zofią. Tomaszu, pamiętaj, że ja zawsze będę Leną Borowską. -W tym momencie Lena rzuciła się na szyje swemu przyjacielowi i zapłakała gorzko. Tomasz po raz pierwszy widział jak płakała. Smutek i jemu zagościł w sercu, jednak wiedział, że kiedyś musiała się o wszystkim dowiedzieć. Zwłaszcza, że Kuba odszedł i we wszystko zamieszany był Arnold.
- Przepraszam, że nie wyjawiłem tobie wszystkiego wcześniej.- Tomasz pogłaskał zasmuconą dziewczynę po głowie. Lena lubiła Tomasza. Lubiła z nim przebywać, rozmawiać. Lubiła jego dobre i duże dłonie, wysoką postać, zielone przyjacielskie oczy, szczery uśmiech i blond czuprynę. Byli przyjaciółmi od zawsze. Zawsze się razem bawili i wspierali. Lecz w obliczu tego co przed chwilą usłyszała, nie mogła o tym zapomnieć. Musiała coś zrobić. Odkryć prawdę. Nie ze względu na siebie, lecz na brata. Brata, który był dla niej wszystkim.
Wioska Jarem nie była dużą miejscowością, mieszkało w niej pięćdziesiąt rodzin. Zamieszkiwały one w solidnych drewnianych chatach. Każda rodzina miała również pole, na którym co roku rosły dorodne zboża czy ziemniaki, chlewy, kurniki, obory, stodoły. Można było odnieść wrażenie, że wioska jest samowystarczalna. Jednak co jakiś czas mieszkańcy jechali do pobliskiego miasteczka i sprzedawali swoje warzywa i owoce a kupowali narzędzia, ubrania i inne potrzebne artykuły. Wszyscy mieszkańcy Jarem żyli spokojnie i pracowicie. Wszyscy byli jedną wielką rodziną.
- Leno! Leno! Poczekaj. Dlaczego mnie tu zaciągnęłaś? Dlaczego tak biegniesz?
- Strasznie się guzdrasz, drogi Tomaszu. Pośpiesz się, proszę! Muszę z tobą pomówić o czymś bardzo ważnym. - Melodyjny głos Leny rozbrzmiał słodko w uszach Tomasza. Była ona dwudziestoletnią panną o okrągłej jak księżyc w pełni twarzy, szczerym i pięknym uśmiechu, małym zadartym noskiem i dużych czarnych niczym węgiel oczach. Czasem, gdy Lena była czymś zaabsorbowana można było dostrzec w nich iskrzące promienie. Tomasz od dziecka uważał, że Lena ma najbardziej przenikliwe spojrzenie ze wszystkich osób na świecie. Teraz biegnąc polną drogą w stronę lasu była niczym wróżka spełniająca życzenia. Włosy uczesane w dwa długie i grube warkocze lśniły w słońcu a niebieska sukienka dodawała jej tylko niepowtarzalnego uroku.
- Leno! Panno Borowska! - Tomasz przystanął łapiąc oddech.
- Och, dobrze. Pomówmy tutaj. - Panna z zawadiacką miną usiadła na wielkim kamieniu.
- O czym chciałaś pomówić, o Leno, wróżko moja?
- Gdyby to usłyszał ksiądz pleban dostałbyś burę - dziewczyna zaśmiała się serdecznie. - Jednak nie pora na figle. Tomaszu, jesteś dla mnie niczym brat i tylko tobie mogę powiedzieć, o tym, co serce moje niepokoi.
- Mówże.
- Wiesz dobrze, że mój ukochany brat Jakub umarł. Było to zaledwie rok temu. Jednak nikt nie umie znaleźć przyczyny jego przedwczesnego zgonu. Umarł w Krakowie, gdy na nauki pojechał. Wszyscy we wsi twierdzą, że sam odebrał sobie życie. Ojciec i matka długo nie mogli się ludziom na oczy pokazać. Wszyscy uważali, że Bóg opuścił rodzinę Borowskich. Ja jednak myślę, że inna była przyczyna śmierci Jakuba.
- Jaka? Morderstwo?- Tomasz jakby czytał w myślach swojej przyjaciółki. Bo ta pokiwała potakująco głową.
- Krótko po pogrzebie brata odwiedził nas jakiś jegomość. Nie rozmawiał z nikim innym, tylko z ojcem. Posłyszałam, że brat należał do jakiejś grupy, która była przeciwko tyranii jakiegoś Wielkiego Księcia. Niestety nie dowiedziałam się niczego więcej z tej rozmowy, bo ojciec mnie dostrzegł i wpadłam w kłopoty.
- Może twój ojciec miał ważny powód, by cię ukarać. Myślę, że nie powinnaś o tym rozpamiętywać.
- Tomasz zasępił się i spojrzał w dal. Jego zielone oczy stały się bledsze.
- Tomaszu, ty coś wiesz. - Po chwili milczenia Lena przysunęła się do przyjaciela i spojrzała mu prosto w twarz. Chłopak starał się odwrócić wzrok, jednak nie udało mu się. Wiedział, że przegrał. Lena była bardzo spostrzegawcza i zawsze wiedziała, gdy kłamał lub coś ukrywał. Nigdy się nie myliła. Jej wzrok mógł przejrzeć duszę i serce człowieka na wylot. Tak było i tym razem.
- Leno...ja...- Lecz dziewczyna nie pytała o nic więcej.
- Nie potępiam twego milczenia. Mam nadzieję, że opowiesz mi o wszystkim kiedy będziesz gotowy. - przyjaciele skierowali się w stronę cmentarza, by nawiedzić groby Jakuba i Tadeusza Borowskich.
- Tomaszu, wiesz... Bardzo tęsknię za ojcem. On bardzo o mnie dbał. Bardzo go kochałam i zawsze mogłam na niego liczyć. Matka odkąd pamiętam była wobec mnie surowa i wymagająca. Lecz nie ważne jak było mi ciężko i smutno, zawsze mogłam wypłakać się w ramionach ojca. Po śmierci Kuby bardzo zmizerniał. Zgryzota zatruła mu serce aż w końcu, miesiąc temu umarł. Umarł w polu na moich oczach. A ja nie mogłam nic zrobić. - Po policzku Leny spłynęła gorąca łza. Tomasz bardzo się strapił. W końcu dotarli na miejsce wiecznego spoczynku mieszkańców wioski Jarem. W pewnym momencie Lena dostrzegła postać. Postać, którą dobrze pamiętała od pogrzebu brata. Nie namyślając się długo dogoniła jegomościa, który ewidentnie próbował odejść niezauważony.
- Chwileczkę! Proszę poczekać. Stać! - Zdenerwowana dziewczyna stanęła przed nieznajomym. Przyjrzała mu się. Był to człowiek sędziwy, lecz nie niedołężny. Był dystyngowany i sprawiał wrażenie bardzo mądrego. Jego srebrne włosy i siwa broda dodawały mu powagi. Ubrany był skromnie, lecz z dobrych jakościowo tkanin. - Kim jesteś, waszmość?
- Zofia...- szepnął i uśmiechnął się.
- Co tu robisz, waść? I nie jestem Zofia, tylko Lena. Lena Borowska.
- Przepraszam panienko, że niepokoję. Chciałem tylko nawiedzić grób ojca twego, którego znałem i który był mi jak brat. Straszne to nieszczęście twoją rodziną targa...
- Jak ci na imię, waść?
-Jestem Arnold.- Mężczyzna ukłonił się grzecznie. Tomasz zbliżył się do Leny i chciał jej coś szepnąć na ucho. Nagle zza drzewa wyłonił się jastrząb. Ptak wystraszył przyjaciół i gdy się spostrzegli, pan Arnold oddalił się szybko.
- To wszystko jest bardzo tajemnicze... - szepnęła Lena, gdy oboje z Tomaszem wracali do domów. -Ojciec gdy umierał też nazwał mnie Zofią. Nie rozumiem dlaczego.
-Leno... ja... ja...- Tomasz Starski przystanął i spoglądał na wieczorne niebo. Jego dorodna postać odznaczała się na tle krajobrazu. Raz po raz wzdychał ciężko. Można było przypuszczać, że stacza w tej chwili ze sobą wewnętrzną walkę. W pewnym momencie zebrał się na odwagę i spojrzał towarzyszce prosto w oczy. Sam przybrał poważną minę.
-Tomaszu... przerażasz mnie. Co się stało? - Dziewczyna podeszła z złapała go za ręce. Ścisnęła jego dłonie w swoich.
-Ja go znam. Znam tego Arnolda...- Lena zbliżyła twarz do twarzy Tomasza. Ten jakby wiedział, że musi powiedzieć więcej. - To było dawno temu. Ja i Kuba byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Pewnego dnia, gdy ty leżałaś z gorączką i prawie umarłaś, podsłuchaliśmy rozmowę twojego ojca i tego Arnolda. - Lena powróciła pamięcią do tamtych dni. Miała pięć lat i zachorowała Miała wysoką gorączkę i trudność w oddychaniu. Cała rodzina myślała, że umrze. A to wszystko przez to, że bawiąc się z innymi dziećmi nagle wpadła do zimnej rzeki. Zimnej, bo zdarzenie miało miejsce w listopadzie. Rodziców nie było stać, by wezwać lekarza z miasta, więc poprosili wioskowego znachora. Lecz nic to nie pomagało. Nie pomagały napary, zioła, maści. Jednak pewnego wieczora ojciec przyniósł cały worek leków i różnych medykamentów. Nie wiedziała skąd one są, lecz po ich zażyciu z każdym dniem czuła się lepiej i odzyskiwała siły. Po miesiącu leżenia w łóżku w końcu wyzdrowiała.
-Moje leki były od niego?
-Tak. Sam widziałem wraz z Kubą jak dawał je twojemu ojcu. Obaj byli dziwnie tajemniczy i opowiadali o Wielkim Księciu Henryku i ...
-O czym jeszcze? Tomaszu powiedz mi! - Przyjaciel westchnął ciężko.
-Nie pamiętam dokładnie. I nie zrozumiałem tego o czym mówili. W końcu miałem tylko sześć lat. Jednak twój brat powiedział mi kiedyś,jak już byliśmy starsi, że dowiedział się, że nie jesteś jego prawdziwą siostrą...
- Co takiego?! - Wykrzyknęła niemal ze złością Lena.- Mówże, o co w tym wszystkim chodzi.
-Arnold przychodził do waszego domu regularnie. Kuba opowiadał, że dawał waszemu ojcu pieniądze i o Wielkim Księciu rozprawiali. Gdy tak rozmawiali to Kuba podsłuchał, jak Arnold opowiadał, że sam ciebie do rodziny Borowskich przyprowadził, jako dwuletniego niemowlęcia. Kuba kiedyś zapytał oto ojca, lecz ten odpowiedział tylko, że życie za ciebie musi być gotów oddać. Gdy dwa lata temu Kuba na nauki miał jechać to opowiedział mi o tym wszystkim. I kazał przysiąc na swe życie i na Boga, że gdyby żywy z Krakowa nie powrócił, to mam strzec ciebie jak oka w głowie, bo nawet włos z głowy spaść tobie nie może. To wszystko, co wiem.- Tomasz umilkł i spojrzał swymi zielonymi oczami na Lenę. A ona stała osłupiała, ze wzrokiem utkwionym w ziemię. Po dłuższej chwili wyszeptała cicho
- Kim na Boga Świętego jest ten Arnold?
- Kuba mówił, że uczył go w Krakowie. Jest mędrcem i nauczycielem wielu młodych żaków. - Odparł, zamiast samego Boga, Tomasz.
- Więc musi on wiedzieć, co stało się z Jakubem! Jestem pewna, że on wie, dlaczego umarł!
- Ale... Leno...Zofio...
- Trudno mi się pogodzić z tym, że nie jestem prawdziwą córką swoich rodziców. Jednak cóż ja mogę zrobić? Nie mam innej rodziny a skoro Arnold mnie do rodziny Borowskich przyniósł, to znaczyć może tylko tyle, że albo moja rodzina umarła, albo mnie nie chciała. Nie chcę rozmyślać o tym. Chcę tylko się dowiedzieć kto zabił Kubę, mojego ukochanego brata. Niczego innego nie pragnę. I nie nazywaj mnie Zofią. Tomaszu, pamiętaj, że ja zawsze będę Leną Borowską. -W tym momencie Lena rzuciła się na szyje swemu przyjacielowi i zapłakała gorzko. Tomasz po raz pierwszy widział jak płakała. Smutek i jemu zagościł w sercu, jednak wiedział, że kiedyś musiała się o wszystkim dowiedzieć. Zwłaszcza, że Kuba odszedł i we wszystko zamieszany był Arnold.
- Przepraszam, że nie wyjawiłem tobie wszystkiego wcześniej.- Tomasz pogłaskał zasmuconą dziewczynę po głowie. Lena lubiła Tomasza. Lubiła z nim przebywać, rozmawiać. Lubiła jego dobre i duże dłonie, wysoką postać, zielone przyjacielskie oczy, szczery uśmiech i blond czuprynę. Byli przyjaciółmi od zawsze. Zawsze się razem bawili i wspierali. Lecz w obliczu tego co przed chwilą usłyszała, nie mogła o tym zapomnieć. Musiała coś zrobić. Odkryć prawdę. Nie ze względu na siebie, lecz na brata. Brata, który był dla niej wszystkim.
poniedziałek, 16 listopada 2015
***
*Osiemnaście lat temu*
-Mój Panie! Mój Panie! Zostaliśmy zaatakowani!. Nieprzyjaciel lada chwila wyważy wrota a wtedy nie uda się ocalić zamku!- Rosły rycerz w srebrnej zbroi padł na kolana przed Panem. Był zdenerwowany i przygotowany na najgorsze. Zza wielkich okien dochodziły krzyki i odgłosy walki.
- O mój Boże! Kochanie! Mężu, co my teraz zrobimy? - Księżna załamała ręce. Po chwili wstała ze swego miejsca i podeszła do kołyski, w której spała mała, zdrowa i śliczna dziewczynka- Jak mamy ochronić nasze dzieci? - Była kobietą piękną i mądrą. Zazwyczaj miała jasną i pogodną twarz. Jej uśmiech był uwielbiany przez poddanych. Jednak w tym momencie jej postać zdawała się postarzeć, a wijące się długie gęste włosy straciły swój blask. Księżna Anastazja wzięła dziecko na ręce. Ze smutkiem popatrzyła na swych dwóch starszych synów. Jeden miał trzynaście, a drugi dziesięć lat. Byli to przystojni chłopcy, o ciemnych rozumnych oczach i jasnobrązowych włosach. Obaj mimo swego młodego wieku byli bardzo dzielni i odważni. Wszyscy w wielkiej sali wiedzieli, że sytuacja z każdą chwilą robił się coraz bardziej dramatyczna.
- A więc ten zdrajca chce zakopać swe niecne uczynki i zaszkodzić królowi. Wielki Książę Henryk okazuje się być nikim innym jak pospolitym mordercą. Cóż mam czynić w tej godzinie bestialskiej rzezi moich poddanych? - Książę Witold spojrzał przez okno na walczący tłum. Był on najbliższym doradcą i przyjacielem Króla Ryszarda. Jego szare oczy wypełnione mądrością zdawały się blednąć. Książę Witold był mężczyzną o postawnej budowie. Niektórzy porównywali go do wielkiego rosłego dębu, którym nic nie zachwieje. Jego ciemne włosy oraz broda potęgowały wrażenie dostojności i sprawiedliwości. Dostojny i sprawiedliwy - tak był właśnie określany Książę Witold. Król często korzystał z jego rad. Uchodził on bowiem za człowieka wielce rozumnego i szanowanego. Jednak w obliczu zaistniałej sytuacji zasępił się, a wielka bruzda wstąpiła na gładkie dotąd czoło.
- Wasza książęca mość! Zrobimy wszystko, by ochronić książęcą rodzinę! - Ów dzielny rycerz w średnim wieku wstał i skierował się do wyjścia. Wtem dało się usłyszeć wielki huk i straszne krzyki ludzkie. W tej jednej sekundzie serca wszystkich zgromadzonych na sali, począwszy od służby i piastunek małej księżniczki do rodziny książęcej, zamarły w bezruchu. Stało się. Wróg dostał się do pałacu.
-Ratujcie książęta i księżniczkę! - Krzyknął Witold. Naraz rozpętała się wielka wrzawa. Książęta pomimo, że byli przecież jeszcze dziećmi chwycili za broń. Księżna Anastazja zawinęła dziecko w białą haftowaną chustę i rzekła do jednej z opiekunek księżniczki - Zabierz ją stąd! Uciekajcie jak najprędzej! Niechaj choć jedno z moich drogich dzieci przeżyje!
- Och... Ależ Pani!...
-Szybko! - Drobna kobieta wzięła zawiniątko i zaczęła uciekać tylnym wyjściem. Zdążyła jeszcze tylko usłyszeć potworne krzyki i odgłosy walczących mieczy. Oczy jej zasnuła mgła z łez, jednak nie zatrzymała się ani na chwilę. Wiedziała, że za chwilę najeźdźcy zaczną szukać księżniczki Zofii. Szybko udało się jej opuścić wielką salę, a sekretny korytarz wyprowadził ją na tyły ogrodu. Dawniej był to piękny ogród z dużymi połaciami kwiatów i piękną żywozieloną trawą. Latem mali książęta Jan i Karol spędzali w ogrodzie całe dnie a ich dziecięce głosiki słychać było nawet poza murami pałacu. Teraz jednak było to pobojowisko z wielkimi plamami krwi i leżącymi bezwładnie ciałami ludzkimi. Poczciwa niania biegła z dwuletnią księżniczką ile sił w nogach, jednak szybko zorientowała się, że rycerze nieprzyjaciela szukają dziecka.
- Brakuje księżniczki! - krzyknął jeden.
- A niech to! Pewnie ktoś uciekł z tym bachorem! Musimy ją znaleźć bo inaczej Wielki Książę Henryk nas wszystkich pozabija!
- Och, co począć? - szepnęła dzielna niania. Wtem zza krzaków od strony lasu wyłonił się mężczyzna. Był on dobrze ubrany, przystojny, w średnim wieku. Naraz zatrzymał uciekinierkę.
- Jestem Alfred, lokaj Króla Ryszarda. Co tu się stało?
- Och, niech Niebiosom będą dzięki.- Szepnęła- Wielki Książę Henryk najechał Księcia Witolda. To takie straszne...
- Och! Tam! Tak ktoś jest! - wrzasnął jeden z rycerzy.
- Szybko! Weź księżniczkę i uciekaj! Proszę! Musisz ją ocalić. To ostatnie życzenie Księżnej Anastazji. Błagam! - Niania zapłakała gorzko. Alfred wziął zawiniątko i szybko niepostrzeżenie opuścił zamek Księcia Witolda. Zdawał sobie sprawę z tego, że owa niania już została zabita. Po dwóch godzinach, gdy niebezpieczeństwo minęło przystanął na leśnej polanie i spojrzał na księżniczkę. Było już całkiem ciemno i ciemne chmury zbierające się na niebie zapowiadały ulewny deszcz. Alfred zamyślił się głęboko. Król wysłał go do Księcia, by ten w razie potrzeby służył pomocą książęcej rodzinie. Nikt jednak nie spodziewał się, że sprawy przybiorą dramatyczny obrót.
- Moja droga Księżniczko! Twe życie nie będzie proste i usłane różami. Musisz odrzucić swe pochodzenie, aby przeżyć. W tej chwili nikt nie jest w stanie zmienić tego, co się stało. Zofio. Zapomnij, że jesteś Księżniczką. Zapomnij o swojej rodzinie i pochodzeniu a przeżyjesz. I być może w przyszłości los się odmieni zaznasz szczęścia. - Lokaj podniósł dziewczynkę i spojrzał w jej duże ciemne oczy, migoczące niczym gwiazdy na niebie. Jej gęste włosy koloru ziemi lśniły, niby obsypane srebrnym pyłem. Niczego nieświadoma Zofia machała rączkami i nóżkami i w pewnym momencie uśmiechnęła się tak serdecznie i niewinnie, że Arnoldowi serce o mało nie pękło z żalu. Musiał jednak podjąć decyzję, co dalej z dzieckiem. Wychodząc z gęstego lasu mieszanego napotkał pewnego wieśniaka udającego się do domu po całym dniu pracy. Znał Arnold bardzo dobrze owego człowieka. Był to Tadeusz Borowski, lojalny poddany, człowiek o szlachetnym sercu. Mimo, że ledwo wiązał koniec z końcem nigdy nie narzekał. Jak na swe chłopskie pochodzenie był bardzo zaradny i mądry. Razem z żoną Jadwigą i dwójką kilkuletnich dzieci mieszkał w niewielkiej chacie na krańcu wioski Jarem.
- Witaj, Tadeuszu.
- A któż to moje imię wypowiada? W czymże mogę usłużyć, Panie? - Rosły, zdrowy i silny mężczyzna z czarnym wąsem skłonił się grzecznie.
- Jestem Arnold, lokaj i doradca Króla Ryszarda. Przyszedłem tu z niebanalnego powodu. Otóż musisz wiedzieć, o miły Tadeuszu, że dziś w nocy Wielki Książę Henryk najechał i zabił całą rodzinę i Księcia Witolda. Jak wiesz, był on cennym doradcą i przyjacielem Jego Królewskiej mości.
- Słyszałem ja we wsi, że jakiś spisek się szykuje. Ludzie dobrze tu znają Wielkiego Księcia. Zdradziecki to człowiek i chciwy. Bardzo smutną wieść mi przynosisz, o Arnoldzie.
- Król nie może przeciwstawić się Wielkiemu Księciu. Jego okrucieństwo zebrało dziś obfite żniwo. Jednak nie wszystko stracone...- Lokaj spojrzał na zawiniątko trzymane pod pachą. - Nie wszyscy z rodziny książęcej zostali uśmierceni. Tylko ta oto mała Księżniczka Zofia przetrwała.
- Nie do wiary. Toż to jest Jej Wysokość Księżniczka? - Tadeusz przetarł oczy ze zdumienia.
- Tak. Ocaliła ją jedna z piastunek, na ostatnią prośbę Księżnej Anastazji. Jednak jest ona teraz w niebezpieczeństwie. I tylko ty możesz ją uratować Tadeuszu.
- Cóż ja mogę, prosty chłop?
- Jesteś mądry i roztropny. Musisz ukryć Księżniczkę. Weź ją zatem i wychowaj. Spraw,by wyrosła na mądrą pannę, która będzie umiała odwrócić swój straszliwy los. Jednak musisz pamiętać, że od tej chwili nie jest już Księżniczką. Nikt nie może dowiedzieć się o jej pochodzeniu i ona sama też nie może się tego nigdy dowiedzieć. Gdy nadejdzie czas, wszystko zostanie ujawnione a wtedy Zofia powróci do miejsca, do którego przynależy
- Jakże ja sobie poradzę? Wszak ja już mam dwójkę dzieci - córkę i syna.
- Mieszkasz przecież na krańcu wsi pod lasem. Rzadko kto odwiedza wasz dom. A jakby kto pytał, mów, że żona twoja po raz trzeci w ciążę zaszła, lecz dziecko słabe i chorowite było, więc nikt go nigdy nie widział. Żonie powiedz, by nie wyprowadzała ludzi z błędu i nie pytała o zbyt wiele. Dzieciom przykaż, że mają dziecko traktować jak siostrę. I nie martw się o nic. Będę ja czuwał z ukrycia nad Księżniczką, a i twoja rodzina zyskana tym niemało. Będziesz mógł posłać swego syna Jakuba na uniwersytet a i żonie i córce będzie się powodzić.
- Niech tak będzie, za radą twoją Arnoldzie. Jeśli mogę w taki sposób pomóc Królowi...
- Na pewno. Król Ryszard już szuka zwolenników, którzy będą mieli siłę, by razem z walczyć z Wielkim Księciem Henrykiem. - Tak oto Tadeusz zabrał ze sobą śpiącą dziewczynkę, nieświadomą zmiany jaka zaszła w jej dwuletnim dotąd życiu. Żona Tadeusza, Jadwiga wielce się dziwiła, jednak była posłuszna mężowi i nie zadawała pytań.
- Ciekawe jak poradzimy sobie w wykarmieniem jeszcze jednej gęby! - Krzyczała rozgniewana kobieta.
- Nie twoja to rzecz martwić się o wykarmienie rodziny. Nie zadawaj pytań i zajmij się małą jak byś sama ją z siebie zrodziła. - Tadeusz zasępił się i udał się na spoczynek. Sakiewkę pieniędzy, którą dostał na odchodnym od lokaja Króla, żonie nie pokazał, tylko schował do wielkiej drewnianej skrzyni stojącej w rogu ciemnego pokoju.
- Arnoldzie, cóż mi opowiadasz! Czy to wszystko prawda?- Wysoki, przystojny mężczyzna pełen majestatu zsiadł z tronu i podszedł do klęczącego sługi.
- To prawda, wszystko prawda mój Panie! Rodzina Księcia Witolda została zamordowana. Nikt nie ocalał.
- To straszne! - Królowa o niebieskich oczach i ciemnych blond włosach ukryła twarz rękami. Po policzku spływały jej łzy. W tym momencie myślami była przy swoim ukochanym trzyletnim synu, którego było jej bardzo trudno urodzić, gdyż była słabego zdrowia, a który teraz spał słodko w swojej sypialni, otoczony miłością i uwagą opiekunek.
- Tylko Bóg wie, jak dalej potoczą się nasze losy.- Szepnął Król w zadumie.
-Mój Panie! Mój Panie! Zostaliśmy zaatakowani!. Nieprzyjaciel lada chwila wyważy wrota a wtedy nie uda się ocalić zamku!- Rosły rycerz w srebrnej zbroi padł na kolana przed Panem. Był zdenerwowany i przygotowany na najgorsze. Zza wielkich okien dochodziły krzyki i odgłosy walki.
- O mój Boże! Kochanie! Mężu, co my teraz zrobimy? - Księżna załamała ręce. Po chwili wstała ze swego miejsca i podeszła do kołyski, w której spała mała, zdrowa i śliczna dziewczynka- Jak mamy ochronić nasze dzieci? - Była kobietą piękną i mądrą. Zazwyczaj miała jasną i pogodną twarz. Jej uśmiech był uwielbiany przez poddanych. Jednak w tym momencie jej postać zdawała się postarzeć, a wijące się długie gęste włosy straciły swój blask. Księżna Anastazja wzięła dziecko na ręce. Ze smutkiem popatrzyła na swych dwóch starszych synów. Jeden miał trzynaście, a drugi dziesięć lat. Byli to przystojni chłopcy, o ciemnych rozumnych oczach i jasnobrązowych włosach. Obaj mimo swego młodego wieku byli bardzo dzielni i odważni. Wszyscy w wielkiej sali wiedzieli, że sytuacja z każdą chwilą robił się coraz bardziej dramatyczna.
- A więc ten zdrajca chce zakopać swe niecne uczynki i zaszkodzić królowi. Wielki Książę Henryk okazuje się być nikim innym jak pospolitym mordercą. Cóż mam czynić w tej godzinie bestialskiej rzezi moich poddanych? - Książę Witold spojrzał przez okno na walczący tłum. Był on najbliższym doradcą i przyjacielem Króla Ryszarda. Jego szare oczy wypełnione mądrością zdawały się blednąć. Książę Witold był mężczyzną o postawnej budowie. Niektórzy porównywali go do wielkiego rosłego dębu, którym nic nie zachwieje. Jego ciemne włosy oraz broda potęgowały wrażenie dostojności i sprawiedliwości. Dostojny i sprawiedliwy - tak był właśnie określany Książę Witold. Król często korzystał z jego rad. Uchodził on bowiem za człowieka wielce rozumnego i szanowanego. Jednak w obliczu zaistniałej sytuacji zasępił się, a wielka bruzda wstąpiła na gładkie dotąd czoło.
- Wasza książęca mość! Zrobimy wszystko, by ochronić książęcą rodzinę! - Ów dzielny rycerz w średnim wieku wstał i skierował się do wyjścia. Wtem dało się usłyszeć wielki huk i straszne krzyki ludzkie. W tej jednej sekundzie serca wszystkich zgromadzonych na sali, począwszy od służby i piastunek małej księżniczki do rodziny książęcej, zamarły w bezruchu. Stało się. Wróg dostał się do pałacu.
-Ratujcie książęta i księżniczkę! - Krzyknął Witold. Naraz rozpętała się wielka wrzawa. Książęta pomimo, że byli przecież jeszcze dziećmi chwycili za broń. Księżna Anastazja zawinęła dziecko w białą haftowaną chustę i rzekła do jednej z opiekunek księżniczki - Zabierz ją stąd! Uciekajcie jak najprędzej! Niechaj choć jedno z moich drogich dzieci przeżyje!
- Och... Ależ Pani!...
-Szybko! - Drobna kobieta wzięła zawiniątko i zaczęła uciekać tylnym wyjściem. Zdążyła jeszcze tylko usłyszeć potworne krzyki i odgłosy walczących mieczy. Oczy jej zasnuła mgła z łez, jednak nie zatrzymała się ani na chwilę. Wiedziała, że za chwilę najeźdźcy zaczną szukać księżniczki Zofii. Szybko udało się jej opuścić wielką salę, a sekretny korytarz wyprowadził ją na tyły ogrodu. Dawniej był to piękny ogród z dużymi połaciami kwiatów i piękną żywozieloną trawą. Latem mali książęta Jan i Karol spędzali w ogrodzie całe dnie a ich dziecięce głosiki słychać było nawet poza murami pałacu. Teraz jednak było to pobojowisko z wielkimi plamami krwi i leżącymi bezwładnie ciałami ludzkimi. Poczciwa niania biegła z dwuletnią księżniczką ile sił w nogach, jednak szybko zorientowała się, że rycerze nieprzyjaciela szukają dziecka.
- Brakuje księżniczki! - krzyknął jeden.
- A niech to! Pewnie ktoś uciekł z tym bachorem! Musimy ją znaleźć bo inaczej Wielki Książę Henryk nas wszystkich pozabija!
- Och, co począć? - szepnęła dzielna niania. Wtem zza krzaków od strony lasu wyłonił się mężczyzna. Był on dobrze ubrany, przystojny, w średnim wieku. Naraz zatrzymał uciekinierkę.
- Jestem Alfred, lokaj Króla Ryszarda. Co tu się stało?
- Och, niech Niebiosom będą dzięki.- Szepnęła- Wielki Książę Henryk najechał Księcia Witolda. To takie straszne...
- Och! Tam! Tak ktoś jest! - wrzasnął jeden z rycerzy.
- Szybko! Weź księżniczkę i uciekaj! Proszę! Musisz ją ocalić. To ostatnie życzenie Księżnej Anastazji. Błagam! - Niania zapłakała gorzko. Alfred wziął zawiniątko i szybko niepostrzeżenie opuścił zamek Księcia Witolda. Zdawał sobie sprawę z tego, że owa niania już została zabita. Po dwóch godzinach, gdy niebezpieczeństwo minęło przystanął na leśnej polanie i spojrzał na księżniczkę. Było już całkiem ciemno i ciemne chmury zbierające się na niebie zapowiadały ulewny deszcz. Alfred zamyślił się głęboko. Król wysłał go do Księcia, by ten w razie potrzeby służył pomocą książęcej rodzinie. Nikt jednak nie spodziewał się, że sprawy przybiorą dramatyczny obrót.
- Moja droga Księżniczko! Twe życie nie będzie proste i usłane różami. Musisz odrzucić swe pochodzenie, aby przeżyć. W tej chwili nikt nie jest w stanie zmienić tego, co się stało. Zofio. Zapomnij, że jesteś Księżniczką. Zapomnij o swojej rodzinie i pochodzeniu a przeżyjesz. I być może w przyszłości los się odmieni zaznasz szczęścia. - Lokaj podniósł dziewczynkę i spojrzał w jej duże ciemne oczy, migoczące niczym gwiazdy na niebie. Jej gęste włosy koloru ziemi lśniły, niby obsypane srebrnym pyłem. Niczego nieświadoma Zofia machała rączkami i nóżkami i w pewnym momencie uśmiechnęła się tak serdecznie i niewinnie, że Arnoldowi serce o mało nie pękło z żalu. Musiał jednak podjąć decyzję, co dalej z dzieckiem. Wychodząc z gęstego lasu mieszanego napotkał pewnego wieśniaka udającego się do domu po całym dniu pracy. Znał Arnold bardzo dobrze owego człowieka. Był to Tadeusz Borowski, lojalny poddany, człowiek o szlachetnym sercu. Mimo, że ledwo wiązał koniec z końcem nigdy nie narzekał. Jak na swe chłopskie pochodzenie był bardzo zaradny i mądry. Razem z żoną Jadwigą i dwójką kilkuletnich dzieci mieszkał w niewielkiej chacie na krańcu wioski Jarem.
- Witaj, Tadeuszu.
- A któż to moje imię wypowiada? W czymże mogę usłużyć, Panie? - Rosły, zdrowy i silny mężczyzna z czarnym wąsem skłonił się grzecznie.
- Jestem Arnold, lokaj i doradca Króla Ryszarda. Przyszedłem tu z niebanalnego powodu. Otóż musisz wiedzieć, o miły Tadeuszu, że dziś w nocy Wielki Książę Henryk najechał i zabił całą rodzinę i Księcia Witolda. Jak wiesz, był on cennym doradcą i przyjacielem Jego Królewskiej mości.
- Słyszałem ja we wsi, że jakiś spisek się szykuje. Ludzie dobrze tu znają Wielkiego Księcia. Zdradziecki to człowiek i chciwy. Bardzo smutną wieść mi przynosisz, o Arnoldzie.
- Król nie może przeciwstawić się Wielkiemu Księciu. Jego okrucieństwo zebrało dziś obfite żniwo. Jednak nie wszystko stracone...- Lokaj spojrzał na zawiniątko trzymane pod pachą. - Nie wszyscy z rodziny książęcej zostali uśmierceni. Tylko ta oto mała Księżniczka Zofia przetrwała.
- Nie do wiary. Toż to jest Jej Wysokość Księżniczka? - Tadeusz przetarł oczy ze zdumienia.
- Tak. Ocaliła ją jedna z piastunek, na ostatnią prośbę Księżnej Anastazji. Jednak jest ona teraz w niebezpieczeństwie. I tylko ty możesz ją uratować Tadeuszu.
- Cóż ja mogę, prosty chłop?
- Jesteś mądry i roztropny. Musisz ukryć Księżniczkę. Weź ją zatem i wychowaj. Spraw,by wyrosła na mądrą pannę, która będzie umiała odwrócić swój straszliwy los. Jednak musisz pamiętać, że od tej chwili nie jest już Księżniczką. Nikt nie może dowiedzieć się o jej pochodzeniu i ona sama też nie może się tego nigdy dowiedzieć. Gdy nadejdzie czas, wszystko zostanie ujawnione a wtedy Zofia powróci do miejsca, do którego przynależy
- Jakże ja sobie poradzę? Wszak ja już mam dwójkę dzieci - córkę i syna.
- Mieszkasz przecież na krańcu wsi pod lasem. Rzadko kto odwiedza wasz dom. A jakby kto pytał, mów, że żona twoja po raz trzeci w ciążę zaszła, lecz dziecko słabe i chorowite było, więc nikt go nigdy nie widział. Żonie powiedz, by nie wyprowadzała ludzi z błędu i nie pytała o zbyt wiele. Dzieciom przykaż, że mają dziecko traktować jak siostrę. I nie martw się o nic. Będę ja czuwał z ukrycia nad Księżniczką, a i twoja rodzina zyskana tym niemało. Będziesz mógł posłać swego syna Jakuba na uniwersytet a i żonie i córce będzie się powodzić.
- Niech tak będzie, za radą twoją Arnoldzie. Jeśli mogę w taki sposób pomóc Królowi...
- Na pewno. Król Ryszard już szuka zwolenników, którzy będą mieli siłę, by razem z walczyć z Wielkim Księciem Henrykiem. - Tak oto Tadeusz zabrał ze sobą śpiącą dziewczynkę, nieświadomą zmiany jaka zaszła w jej dwuletnim dotąd życiu. Żona Tadeusza, Jadwiga wielce się dziwiła, jednak była posłuszna mężowi i nie zadawała pytań.
- Ciekawe jak poradzimy sobie w wykarmieniem jeszcze jednej gęby! - Krzyczała rozgniewana kobieta.
- Nie twoja to rzecz martwić się o wykarmienie rodziny. Nie zadawaj pytań i zajmij się małą jak byś sama ją z siebie zrodziła. - Tadeusz zasępił się i udał się na spoczynek. Sakiewkę pieniędzy, którą dostał na odchodnym od lokaja Króla, żonie nie pokazał, tylko schował do wielkiej drewnianej skrzyni stojącej w rogu ciemnego pokoju.
- Arnoldzie, cóż mi opowiadasz! Czy to wszystko prawda?- Wysoki, przystojny mężczyzna pełen majestatu zsiadł z tronu i podszedł do klęczącego sługi.
- To prawda, wszystko prawda mój Panie! Rodzina Księcia Witolda została zamordowana. Nikt nie ocalał.
- To straszne! - Królowa o niebieskich oczach i ciemnych blond włosach ukryła twarz rękami. Po policzku spływały jej łzy. W tym momencie myślami była przy swoim ukochanym trzyletnim synu, którego było jej bardzo trudno urodzić, gdyż była słabego zdrowia, a który teraz spał słodko w swojej sypialni, otoczony miłością i uwagą opiekunek.
- Tylko Bóg wie, jak dalej potoczą się nasze losy.- Szepnął Król w zadumie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)